czwartek, 15 marca 2012

to już jest koniec (dzień ósmy)

Dzisiaj fotek nie będzie.
Cały dzień spędziliśmy na dotarciu do hotelu w tabie. Rano wyruszyliśmy z kibcu i udaliśmy się w stronę lotniska w Ovda. Przez to, że ze względów bezpieczeństwa żydki zamknęli drogę wzdłuż egiptu, ponad dwie godziny czekaliśmy na grupę kończącą pobyt. Odebrała nas blondynka rezydentka izraelska. Do grupy dołączyła świeża parka - facet 50+, laska 20+ z dzieckiem 2-, para ok. gdyby nie to, że pani nagle odkryła w sobie chorobę lokomocyjną. Kilku minutowy postój dobrze zrobił nam wszystkim. Razem, już znacznie wolniej udaliśmy się do eliatu, gdzie część turystów pozostała w izraelskich hotelach, następnie 14 osobową grupą wysadzili nas na przejściu granicznym z egiptem. Tam o dziwo poszło sprawnie i juz po godzinie, wstęplowaniu wielu pieczątek, zapłaceniu 90 baksów oraz zobyciu niebieskiej karteczki (bardzo ważnej, ale nikt nie wie po co) przedostaliśmy sie do egiptu. Miejscowy rezydent, przystojny Mohamed po udzieleniu odpowiedzi na wiele głupich pytań w stylu: "czy już jesteśmy w egipcie?", "czy musimy nosić opaski all-inclusive bo się krzywo opalimy?" itp. o czym później, w osobny poście.

środa, 14 marca 2012

doskonała siódemka (dzień siódmy)

Wystartowaliśmy z rana i pojechaliśmy do zachodniej części Jerozoimy, obejrzeć resztę Jana Chrzciciela jedną z głów widzieliśmy już w Damaszku, tu leży tułów, a druga głowa jest w cerkwii nieopodal (Rest In Pieces). To był jedyny kościół w dniu dzisiejszym na naszej drodze. Następnie wyruszyliśmy do jerozolimskiego prywatnego szpitala, mieszcącego się w centrum handlowym (jak każdy szpital w izraelu). Znajduje się w nim synagoga z witrażami marka chagalla przedstawiającymi 12 plemion izraela. Potem udaliśmy się do yad vashem - obowiązkowego punktu zwiedzania izraela. Muzeum robi bardzo duże wrażenie, szczególnie sala poświęcona pamięci pomordowanych dzieci. Na koniec dnia odwiedziliśmy Jerycho - od 10 tys. lat stale zamieszkiwane miasto. Mieści się w strefie A autonomii palestyńskiej, gdzie nie może przebywać żaden żyd. Miasto jak to w miejscach arabskich zaniedbane i nieprzygotowane do zwiedzania.
Dzisiejszą noc spędzimy w kibucu (ichni PGR) w Eriha. Żeby przeżyć w ekologicznych domkach z OSB idziemy się znieczulić, trzeba też się pożegnać z Izraelem.
Jutro jedziemy do Taby, leżeć wentylkiem do góry (albo inaczej...)

wtorek, 13 marca 2012

szcześć (dzień szósty)

Od morza do morza.
Dzisiaj lajcikowo o 8 ruszyliśmy w stronę zachodniego brzegu. Było bardzo zimno - tylko 22 stopnie. W odróżnieniu od poprzednich dni zwiedzaliśmy tym razem stare zabytki. Akka w całości odbudowanie ruiny zamku - będące w prywatnych rękach. Potem zobaczyliśmy pozostałości po olbrzymim miejście heroda Tego Heroda. Przed zwiedzaniem obejrzeliśmy film (animowany) dotyczący historii tego miejsca - całkiem ciekawa koncepcja. Wspaniale zachowane ruiny, wraz z najstarszym od 2 tysięcy lat wciąż wykorzystywanym teatrem. U żydków ciągle brak kasy na przeszukiwanie "jakiśtam" ruin. Potem udaliśmy się do Hajfy, gdzie zwiedziliśmy piękne ogrody na wzgórzach karmen. Ponieważ program w 100% wypełniony był wizytami w toaleach, sklepach i kościolach (dokładnie w tej kolejności) nie było czasu na zwiedzenie całości ogrodów. Porobiliśmy fotki zza płotu i pojechaliśmy do tel- awivu. Miasto ma 100 lat, ale jego najstarszą część właśnie odrestaurowano. Znajdują się tam uliczki, fontanna i mostek ze znakami "poświęcone" wszystkim znakom zodiaku. Na koniec, żeby nie było tak świecko szybciutko weszliśmy do kościoła, pw. najświętszego rozłamu - judaizmu i chrześcijaństwa.
Przejechaliśmy do hotelu w Betlehem. Jutro też lajcik - stratujemy o 8 rano.

poniedziałek, 12 marca 2012

piątnicy (dzien 5)

jak codzień zaczęliśmy śniadaniem o faszystowskiej porze. Śniadanie było koszerne, nabiałowo, owocowo-warzywne ze śledzikiem. Ogólnie pokoszernemu karmią nieźe.
Wyrusztliśmy na wzgórza Golan, po drodze obejrzyliśmy wodospady nie były może imponujące, ale jedyne w kraju.
Zahaczyliśmy jeszcze o bramy piekielne i swiątynie Pana. Ponieważ On tam był, oraz ostatnia zima w izraelu była deszczowa, bramę a może i całe piekło zalała woda.
Palestyńczycy podobno strzelają do izraela, lokalnie nic nie wiadomo, nawet przewodnicy nie są poinformowani. O piątkowych wydażeniach dowiedzieli się od nas ze strony koszernej gazety (nie powinna być koszerna bo rzuca mięsem i robi jaja). Tak naprawdę to w okolicach golan "właśnie" trwają "zaplanowane" wcześniej manewry wojskowe. Sądząc po zabudowie baz wojskowych manewry muszą trwać 2 razy do roku styczeń-czerwiec, lipiec-grudzień.
Zeby nie było tak straszno pojechaliśmy do winnicy winiunio całkiem, całkiem może spróbujecie ;)
Kto wypił za dużo mógł zagryść rybą Jego albo Piotra, chętnych nie było za wielu.
Zeby nie uznano dnia za zmarnowanego odwiedziliśmy też kościól błogosławieństw i skały. On tam był i klucze mu dał, a potem dużo gadał.
Dzień zakończyliśmy rejsem na bare takiej jak Jego tylko w innej skali.

niedziela, 11 marca 2012

Na imię mu było cztery (dzień czwarty)

Jak wspominaliśmy pobódka była w nocy, śniadanie i pakowanie bo opusczamy hotel. Dzięki przebiegłości naszego kierowcy (obywatel izraela, chrześcijanin arabskiego pochodzenia) przechytrzyliśmy wszystkie autokary i na checkpoincie pojawiliśmy się pierwsi, w związku z czym i pod bramą wejścia świątynnego. Wsystko szło dobrze do momentu aż znaleziono w torbie jednej kury wieprzowinkę! Mimo wielokrotnego powtarznia, że nie wolno tam wnosić niczego związanego z inną niż islam religią oraz niczego co jest nieczyste (kobiety podczas okresu zostają za sznurkiem). Ponieważ nasz lokalny przewodnik chciał nam pokazać jeden kościół więce, na zwiedzanie najważnieszego miejsca islamu mieliśmy 10 minut. Dla porównania udaliśmy się jeszcze pod ścianę płaczu w ciągu dnia, zobaczyliśmy jak wygladają tam tłumy turystów. Zostawiliśmy tam po karteczce - a nóż Jemu polski jest znany.
Wyjeżdzamy z Jerozolimy w kierunku galilei, zwiedzając po drodze ruiny bet-shan, dawnego miasta rzymskiego. W nagrodę za sprawne i punktualne zbiórki pojechaliśmy do obiecanej wcześniej Kany po winiunio. Było tak obrzydliwe, że ciężko było je skosztować. Jakie wino takie i pary młode - z jedyne 10 baksów można było odnowić skrament malżeństwa. Na końcu został nam Jearash - gdzie całkiem za darmo można było wziąć butelkę brudnej wody w miejscu gdzie Jego ciało się moczyło. Wróciliśmy na kolacyjkę do koszernego hotelu. W hotelu tym znajduje się koszerna winda szabatowa (zatrzymuje się na każdym piętrze bez udziału rąk), są też inne dobrodziejstwa np. pomieszczenia dla nieczystej kobiety. Kupiliśmy sobie znów po piwku palestyńskim, które popijamy!

zaległości

noc i poranek dnia czeciego:
z rana o 7 wyruszyliśmy w stronę morza martwego. Po drodze odwiedziliśmy wioskę Qumran, gdzie zostały znalezione przez pasterza zwoje Eseńczyków, do których o mało nie dołączył się Jan Chrzciciel, dopiero byłaby chryja... Ogólnie dziura w ziemi, ale ładnie oprawiona (kino, sztuczne wykopaliska, zdjęci zwojów itp.). Następnie udaliśmy się do twierdzy Masada. Na 400 metrowe wzgórze wjechliśmy kolejką. Całkiem ładnie odbudowane ruiny. Całość poprzedzona flmem i połączona z ładnymi widoczkami. Żeby nie umierać z nudów, w czasie lunchu grupowego, w dół udaliśmy się na piechotę. 40 minut spacerku w południowym słońcu, pozwoliło nam później z rozkoszą cieszyć się kąpielą w morzu martwym. Żebyśmy za szybko się nie zestarzeli, znowu obłożyliśmy się błotem i wygotowaliśmy w siarce. Z oficjalej części to było już wszystko, taki super dzień bez kościoła!
Po szybkiej kolacji pojechaliśmy jeszcze pozwiedzać Jerozolimę nocą. Była to przede wszystkim amerykańska wycieczka - z okien autokaru, w tym "niebezpiecznym" mieście. Wycieczka miała swoje plusy, można było bez większych przeszkód wejść na plac przed ścianą płaczu. Kończył się szabat i było tam wielu śmiesznie ubranych Żydków. Żeby gawiedź była usczęśliwiona, pojechaliśmy też do dzielnicy rozrywki. Nie odbierajcie tego opacznie - z rozrywek można było tam tylko spożywać alkohol. O północy, zmęczeni dotarliśmy do hotelu - wszak następnego dnia pobódka była o 5.45.

piątek, 9 marca 2012

Odpust murowany!

Dzisiaj nie było lajcikowo. Zaczęło się o 6.15 budzonkiem i śniadaniem. Bez rewelacji, wieprzowinki brak;), białe sery i jajka na twardo (o czym później).
Szybko przejechaliśmy przez granicę palestyńsko-izraelską (mają dziurę w murze) i Jeru-shalem. Ktoś kiedyś tu był i zrobił dużo zamieszania (oto sandał Jego). Weszliśmy za osiołkiem na górę oliwną do kościoła św. kury. Przez kirkut, po macebach dotarliśmy do starych oliwek, Jego oliwek. I zaczął się korowód kościołów (bazylika wszystich narodów, wszystkie stacje (i nie chodzi o pkp), bazylika grobu a na końcu narodzenia Jego). Odnieść można wrażenie, że wszyscy żydzi gdzieś się pochowali. Kończyli święto Purim, więc się przebrali. Po drodze każdy kawałek ziemi zajęty jest przez inny odłam chrześcijański. Kapłani najchętniej by się wyrżnęli. Na szczęście było kilka czakranów i nie omieszkaliśmy zrobić z nich użytku.
Po 7 godzinach zwiedzania miasta, gawiedź w autokarze wyjęła zajebane ze śniadania jajka na twardo i zaczęła ostukiwać okna i siedzenia.... po tym nastąpiła aromatyczna konsumpcja. Musieliśmy jeszcze odstać swoje tzn. 2 godzinki w kolejce do groty narodzenia Jego. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedzieli, że to ON. Oczekiwanie umilała nam prawosławny zespół, na czele z poparzonym i dzwoneczkami. Wróciły wspomnienia z dzieciństwa - małe dzieci przywiązane (zastraszone) do krzesełek przez całe 4 godzinne nabożeństwo.
Złażeni po 19 wróciliśmy do hotelu, który okazał się być Beth-lehem. Wpałaszowaliśmy wołowinkę, zagryźliśmy pomarańczem i poszliśmy w miasto (bez przewodnika) zwiedzać palestynę. Poza częścia "łan dolar" świat wygląda fantastycznie.
poniżej trochę fotek, niestety bez szaleństw, transwer taki se.

fotki

czwartek, 8 marca 2012

wyruszyliśmy wnet.

Więc jak ruszyliśmy to było ciemno...
nastał poranek dzień pierwszy.
Zaczęło się zwyczajnie na lotnisku Chopina, niby strefa bez VATowa a puszka Coli dziwięć zeta ... ufff wódka znaczy w cenach tylko delikatesowych - ach czemu zamkneli Balatonę?
Zaopatrzeni w ten sposób w artefakty przeciw wszelakim klątwą kimamy w oczekiwaniu na "otwarcie geya".

lot bez niespodzianek, za to z rozgadanym pilotem. Co obchodi normalnie śpiącego pasażera na jakiej wysokościi z jaką prędkością oraz nad czym się leci. No chyba że pod niema już fotela, ale i tak na g... cała reszta informacji.
Jedzonka niet, za to marketing bezpośredni kwitł.

Ovda, lądowanie u żydków przy ogólnej radości gawiedzi :) hura hura jak by było się z czego cieszyć, w większości przecież jednak się ląduje ;)
Mossad musiał zgłosić nas do imigrations. Pani w okienku wypytała o 2 pokolenia wstecz, poczym radośnie zabrała paszporty i se poszła. Inna pani zawołała inną Panią która zawołała ..... tak po dwóch godzinach, kilkukrotnych odpowiedziach na te same pytania, udawadiania braku znajomości wśród syryjczyków, libańczyków, wójków dziadków, osamków DOSTALIŚMY nasze paszporty nawet bez nowej pieczątki.
Trochę zaniepokojona przewodniczka (Aneta), i reszta grupy doczekała się nas, niecierpliwie wyglądając z autokaru.
Ajj Ajj Jaajj przygodę w kraju przydułgich pejsów można uznać za rozpoczętą.
Pierwszy dzień to tak naprawdę transfer do Betlejem, po drodze kilka postojów na pipi itp, zobaczliśmy krater i kupę kamieni.
Kolacja o 19 ichniego czasu (+1 h) nawet smaczne, w formie stolu szwedzkiego.
teraz szybko klikamy, ząbki, seksik i spaciulu bo jutro o 6:15 pobudka... masakra