Dzisiaj nie było lajcikowo. Zaczęło się o 6.15 budzonkiem i śniadaniem. Bez rewelacji, wieprzowinki brak;), białe sery i jajka na twardo (o czym później).
Szybko przejechaliśmy przez granicę palestyńsko-izraelską (mają dziurę w murze) i Jeru-shalem. Ktoś kiedyś tu był i zrobił dużo zamieszania (oto sandał Jego). Weszliśmy za osiołkiem na górę oliwną do kościoła św. kury. Przez kirkut, po macebach dotarliśmy do starych oliwek, Jego oliwek. I zaczął się korowód kościołów (bazylika wszystich narodów, wszystkie stacje (i nie chodzi o pkp), bazylika grobu a na końcu narodzenia Jego). Odnieść można wrażenie, że wszyscy żydzi gdzieś się pochowali. Kończyli święto Purim, więc się przebrali. Po drodze każdy kawałek ziemi zajęty jest przez inny odłam chrześcijański. Kapłani najchętniej by się wyrżnęli. Na szczęście było kilka czakranów i nie omieszkaliśmy zrobić z nich użytku.
Po 7 godzinach zwiedzania miasta, gawiedź w autokarze wyjęła zajebane ze śniadania jajka na twardo i zaczęła ostukiwać okna i siedzenia.... po tym nastąpiła aromatyczna konsumpcja. Musieliśmy jeszcze odstać swoje tzn. 2 godzinki w kolejce do groty narodzenia Jego. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedzieli, że to ON. Oczekiwanie umilała nam prawosławny zespół, na czele z poparzonym i dzwoneczkami. Wróciły wspomnienia z dzieciństwa - małe dzieci przywiązane (zastraszone) do krzesełek przez całe 4 godzinne nabożeństwo.
Złażeni po 19 wróciliśmy do hotelu, który okazał się być Beth-lehem. Wpałaszowaliśmy wołowinkę, zagryźliśmy pomarańczem i poszliśmy w miasto (bez przewodnika) zwiedzać palestynę. Poza częścia "łan dolar" świat wygląda fantastycznie.
poniżej trochę fotek, niestety bez szaleństw, transwer taki se.
fotki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz