piątek, 21 czerwca 2013

moja wielka Grecka przygoda

Czyli "wakacje bogate w atrakcje"
Jak już w części Naszą wycieczkę objazdową mieliśmy zakończyć tygodniem błogiego lenistwa. Jednak nasze biuro podróży Rainbow Tours S.A. postanowiło zafundować nam wakacje bogate w atrakcje. Wybraliśmy hotel o rekomendacje biura:
"Kameralny obiekt, idealny dla par oraz wszystkich tych, którzy szukają ciszy i spokoju. Wspaniała lokalizacja w najbardziej popularnym rejonie wyspy - w centrum Paleokastritsy oraz przepiękny widok na zatokę gwarantują pełnię wakacyjnego relaksu."
Do wymarzonego hotelu dostarczono nas około 11 rano, ponieważ pokoje sprzątano po wcześniejszych gościach, nic nie podejrzewając udaliśmy się napić co kto może. Udobruchani napojami i smacznym lunchem o 14, zamiast kluczy, otrzymaliśmy dobrą nowinę. W hotelu akurat dla nas (i jeszcze 8 innych gości) jakoś zabrakło miejsc. Hej, hej, hej, inni mają gorzej grupa polskich turystów wylądowała w piwnicy z widokiem na śmietnik, walory zapachowe nie do opisania (jak w szambie).
Z uwagi że nie mieliśmy naszego szambianego pokoju na rezydentkę czekaliśmy w recepcji. Oczywiście nie działała klima, a na dworze 35 stopni. Rezydent pojawił się około 15:30, z kolejną grupą bezdomnych turystów. Żeby tak szybko ściągnąć rezydentkę trzeba było poruszyć wszystkich w siedzibie Rainbow. Jeżeli ktoś myślał, że rezydent jest od tego żeby pomagać i dbać o turystę, to jest w wielkim błędzie. Pani przyjechała, żeby wytłumaczyć, że tutaj tak jest. Hotel przyjął rezerwację na 120% miejsc. Zgodnie z propozycją menagera, której wcześniej nie przyjęliśmy, rezydentka zaproponowała nam APARTAMENTY w odległości 300 m. Naiwna część turystów poczekała 1h na taksówkę i udali się obejrzeć zaproponowane rozwiązanie. Apartamentem okazał się pokój nad super-marketem w odległości 2km od hotelu. Mam dość super-marketów, reszta grupy podzieliła moje zdanie i nie przyjęliśmy propozycji.
Pozostaliśmy na sofach w recepcji, a rezydentka ulotniła się podobno na lotnisko.
O dziwo grupa z innego biura turystycznego otrzymała pokoje, w przepełnionym hotelu. To już przepełniło szalę goryczy. Poruszyliśmy MSZ, Ambasadę Polski w Grecji i uaktywniliśmy się na facebooku i powiadomiliśmy tvn24. Przeczuwaliśmy początek upadku biura, gdyż mogli nie wywiązać się z płatności za nasze pokoje. Dla nas sytuacja była bardzo ciężka, ponieważ nie wiedzieliśmy co z nami dalej będzie.
Rezydentka wielokrotnie zapewniała nas, że na całym Korfu nie ma wolnych miejsc w żadnym z hoteli, ale na szczęście byliśmy zgraną grupą i nikt nie zgodził się na zaproponowane cokolwiek. W między czasie sprawdziliśmy dostępność pokoi w hotelach na wyspie, było ich dużo, w różnej klasie hoteli (na szczęście w recepcji był internet).
Rezydentka zaproponowała nam kolejną jedyną możliwą opcję: hotel 3*, no ale bez klimatyzacji:). W tym czasie temperatura wzrosła do 37 stopni, a w następnych dniach miała się utrzymywać w okolicach 35.
Zbliżała się 21, a my ciągle okupowaliśmy sofy w recepcji. Co ciekawe, w Polsce rodzice otrzymali zapewnienie, że mamy już hotel.
Mając w perspektywie noc na niewygodnych sofach (ciągle bez prysznica i klimy) zaczęliśmy mięknąć. Ponieważ pojawiła się propozycja hotelu 3* ale z klimatyzacją, to ją przyjęliśmy. Hotel miał nie najgorsze opinie w internecie, a wg. zapewnień rezydentki znajdował się 2,5 km od lotniska. Jak się później okazało od wejścia do lotniska - do pasa mamy 300 m.
Po kolei wszyscy zaczęli się decydować na powyższy hotel. Tu niespodzianka - w hotelu były tylko 3 pokoje. My znaleźliśmy się w tej grupie, dla której ich nie starczyło. Wylądowaliśmy w znanym nam hotelu Ariti 500m od końca pasa startowego, w pokoju bez klimatyzacji. Od początku naszej przygody minęło już 12 godzin. W recepcji hotelu podsłuchaliśmy rozmowę, że nie ma dla Rainbow pokoi. Na szczęście sprawę udało się wyjaśnić w 15 min i otrzymaliśmy wymarzone klucze. Jednak po dotarciu do pokoju znaleźliśmy tam cudzą walizkę. Załamani zgłosiliśmy to w recepcji i dostaliśmy inny pokój - o 24 wreszcie mogliśmy skorzystać z prysznica. Mimo braku klimy zasnęliśmy jak niemowlęta do pierwszego lądowania samolotu o 5 rano.
Ponieważ nie był to nasz docelowy hotel, po śniadaniu spakowaliśmy się i z 15 min poślizgiem przewieziono nas do innego hotelu Hellenis. Mamy tu spędzić urlop do soboty, po czym trafimy na 3 dni do zapisanego w umowie hotelu.

C.D.N.

środa, 19 czerwca 2013

Albania podsumowanie

Skoro mamy hotel w Grecji (o tym w osobnym poście) czas na podsumowanie wycieczki.

Albania: kraj w którym widać skutki ponad 50 lat izolacji spowodowanej przez komunizm - nawet odcięli się od ZSRR i Układu Warszawskiego a na końcu od Chin, bo mieli utworzyć idealny system komunistyczny. Prócz Envera nazywanego pieszczotliwie "naszą paranoją", mieli swojego Baksika tylko na większą skalę (zainwestowali wszyscy). Spowodowało to mocne wyniszczenie gospodarki, oraz niepokoje społeczne, które prawie skończyły się wojną domową. Nasz przewodnik opowiadał, że w czasie upadku piramid finansowych, poprosił sąsiada żaby zabarykadował jego rodzinę w domu oraz umieścił w widocznych miejscach kałachy, skutecznie odstraszyło to szabrowników. Poza tym wiele składów broni zostało rozkradzione, przez co wiele sztuk broni jest w rękach Albańczyków.
Obecnie cała Albania jest w budowie, buduje się drogi - co nader dotkliwie odczuły nasze tyłki. Budowa dróg wygląda u mich dość specyficznie, na odcinku 30 km nie ma drogi jedzie się jakimś szutrem, brakuje barierek (a trasy są przepastne). Nikt się nie przejmuje, że autokar nie mieści się na drodze i musi cofać, żeby zmieścić się w zakręcie. Kluczem sukcesu jest więc dobry kierowca, najlepiej lokalny, my na szczęście trafiliśmy na Mundiego, super się sprawdzał.
Budowę widać też w każdym mieście, Albańczycy na potęgę rozbudowują hotele, stacje benzynowe, restauracje. Wielu z nich wraca z emigracji z Włoch i inwestuje kapitał w kraju.

Macedonia: kraj socjalistyczny, bardzo roszczeniowy. Bida, aż piszczy, wszystkie hotele jeszcze w rękach państwa, przez co są nieremontowane.

Podsumowując warto pojechać ze względu na piękne widoki, bo zabytków za dużo nie mają. Warto odwiedzić Butrynt i Appolonnię, i obejrzeć jezioro Ohrydzkie. Wiele zabytków, szczególnie w Albanii czeka jeszcze na odkopanie, wszędzie trwają wykopaliska.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

ostatni dzień zwiedzania - Korfu

Dzisiaj opuściliśmy Albanię,
Ostatni nocleg w Sarandzie może i był w komfortowych warunkach, jednak na śniadanie standard czyli nic. Po zjedzeniu czegoś na kształt omletu warzywnego udaliśmy się do portu żeby przewodolotować do Korfu.

Transfer był cudnie zorganizowany, najpierw w Albani godzinę czekaliśmy na umówiony prom, potem w Grecji godzinę czekaliśmy na umówiony autokar.
Zwiedzanie Korfu to naprawdę spacer ulicami oraz objaśnienia przewodniczki. Zobaczyliśmy z zewnątrz mury starego portu, place różnych świętych, ratusz miejski następnie przespacerowaliśmy się główną ulicą z arkadami i dostaliśmy czas wolny na samodzielne zwiedzanie. Mysią wyspę też mogliśmy sobie obejrzeć z lądu.
Z uwagi na obfitość czasu wolnego grupa spóźniła się na autokar, dzięki czemu zobaczyliśmy śpieszącego się greckiego kierowcę.
Hotel ten sam co pierwszego dnia - czyli bardzo blisko lotniska - samoloty latają co 10 min z ogromnym hukiem. Za to jedzenie wreszcie w obfitości.
Od jutra leżenie małym co-nie-co i wentylkiem do góry:).
Może jutro dodamy obszerniejsze podsumowanie wrażeń.

niedziela, 16 czerwca 2013

Albania - to już jest koniec

Skoro świt wyruszyliśmy z 15 minutowym poślizgiem z hotelu Ferari.
Śniadanie - szkoda gadać. Poza drogami jest to część Albanii, która się w ogóle nie udała.

Dotarliśmy do Apollonii jedynie po trzech godzinach - niestety po drodze nie było asfaltu (tak nam się wtedy wydawało). Apollonia była kiedyś miastem portowym słynącym z targu niewolników. Dziś to rezerwat archeologiczny, gdzie zobaczymy m.in. antyczny amfiteatr Odeon, fragmenty świątyni Artemidy z przełomu I i II w. n.e., budynku konsula, czy biblioteki. Niestety po trzęsieniu ziemi morze się odsunęło i miasto straciło na znaczeniu. Wreszcie obejrzeliśmy ciekawe muzeum archeologiczne z dużą ilością wykopanych w dobrym stanie przedmiotów. Przewodniczka wielokrotnie próbowała nas zniechęcić do tego miejsca a skoro było w programie to musieliśmy je zobaczyć. I dobrze.
Dalej z obolałymi tyłkami pojechaliśmy do Gjirokaster. Trasa nie była wyposażona w asfalt a miejscami nie było jej w ogóle. "Miasto białych dachów” to jednego z największych miast muzeów w Albanii, położone jest w dolinie rzeki Drinos w południowej części kraju (wpisane na listę UNESCO). Centralnym punktem jest górująca nad miastem, trzynastowieczna cytadela rozbudowana przez Turków osmańskich. Z murów twierdzy, doskonale widać unikalną zabudowę, w szczególności łupkowe dachy, które lśnią na biało w czasie deszczu. Gjirokaster, to również rodzinne miasto byłego albańskiego dyktatora - Envera Hodży.
Malowniczą drogą przejechaliśmy do Sarandy na ostatni nocleg w Albanii. O dziwo jesteśmy w hotelu 5* z internetem, windą i szybką obsługą. żebyśmy się więcej nie awanturowali o śniadania dostaliśmy apartament (tak sobie to tłumaczymy).

Albania chyba dzień II

Na śniadanie znowu była kolejka. Opis taki jak w zeszłym poście.
Ruszyliśmy w stronę miasta będącego w starożytności początkiem bałkańskiej części szlaku handlowego Via Egnatia - Durres, tak w starożytności, jak i dziś, jeden z największych portów na Adriatyku. Najważniejszym - jedynym - zabytkiem starożytnego Dyrrachium jest amfiteatr o średnicy 120 m, co czyni go największym na Bałkanach. Jednak nie jest w całości odkopany, ponieważ nie ma pieniędzy na przesiedlenie mieszkańców, którzy mają domy na zabytku. Zasadniczo nie polecamy wycieczki w te rejony, zwłaszcza, że dojazd zajął jakieś trzy godziny po albańskich drogach, co dało się odczuć na tylnej części ciała.
Dalej udaliśmy się do Kruje, miasta nazywanego albańskim Krakowem (porównanie z fantazją). Istnieje tam jeszcze oryginalna albańska zabudowa i stary bazar. Zobaczyliśmy odbudowane prawie jak w oryginale (przez córkę Envera) muzeum Skanderbega, największego bohatera narodowego Albanii.
Wieczorem dotarliśmy do Tirany, stolicy Albanii, gdzie nie było co zwiedzać. Główna ulica wraz z budynkami została zbudowana bez składu i ładu jeszcze przez Włochów. Obecnie wciśnięto gdzie się dało dziwne szklane sześciany.
Przyjechaliśmy do hotelu, w którym znów nie było windy, a mieszkaliśmy na 4 piętrze. Internet też nie działał, mimo nowoczesnej nawy hotelu - Ferrari. Jak nazwa wskazuje wszystko, łącznie z obsługą i podawaniem posiłków było powolne.

piątek, 14 czerwca 2013

Macedonia w jeden dzień

Dzisiaj na śniadanie była kolejka i nic więcej. porwaliśmy się skoro świt 6:45 w te pędy na śniadanie, a tam ... kolejka, jako że Polska naród kolejkowy ustawiliśmy się na końcu,który za chwilę stał się środkiem. Udało nam się zdobyć parę sztućców, jedno jajko, kromkę chleba i ziółka (zamiast herbaty).
w kolejkę stawałem jeszcze dwa razy zdobyliśmy pomidor (kilka plasterków), kolejne jajko, ogórek i miód.
Po jakże obfitym śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie miasta Ochryd, wpisanego na listę UNESCO: cerkiew Św. Zofii i Bogurodzicy z freskami i amfiteatr z czasów rzymskich. Oczywiście nie pominęliśmy po drodze żadnego kibelka (było ich więcej niż kościołów). następnie przejechaliśmy nad jezioro Prespańskie, najwyżej położone jezioro w Macedonii (85 3 m n.p.m.), w rejonie Parku Narodowego Galicica. Następnie do Bitoli, dawnego greckiego miasta Heraclaea Lincaestis, gdzie zobaczyliśmy fragmenty świątyń, teatr, a przede wszystkim ogromną mozaikę z V w. n.e. (reszta mozaiek przykryta żwirkiem) Natomiast w centrum Bitoli, główną ulicą, Szirok Sokak, przeszliśmy do placu z pomnikiem Filipa II Macedońskiego. Nic ciekawego no może wieża zegarowa która dawała trochę cienia. Odwiedzimy również cerkiew św. Dimitrja z rzeźbionym w drewnie ikonostasem. Po powrocie do hotelu, zjedliśmy obiadokolację, i poszliśmy na spacerek nad głębokie (250m) jezioro Ohrydzkie. Wypiłem piwko więc pora spać.

czwartek, 13 czerwca 2013

Albania/Macedonia

Z ciekawostek w Albanii nie pija się herbaty więc dzień zaczęliśmy od ziółek tfuu tfu śniadanie słabiutkie miś w 4 gwiazdkowym hotelu dokarmiał dziecko chlebem. Podobno w każdym domu dobra gospodyni, jakby komuś coś zaszkodziło, ma herbatę. To był ciężki dzień, wg wujka G. przejechaliśmy 220 km (zajęło nam to cały dzień). Wystartowaliśmy o 8.00 rozpoczynając od fotek pomnika niepodległości, nam bardziej podobała się będąca w tle kwitnąca magnolia, wielkości naszego orzecha. Po serii fotek przez jakieś 2h nasze tyłki odczuwały jakość Albańskich Autostrad w wielu miejscach pokrytych żwirem. Między miastami jeszcze jakoś dało się ścierpieć, tam o jakość nawierzchni dba Państwo, w miastach nie dba nikt. Dotarliśmy do pierwszego z dwóch miast-muzeów. Berat - liczącego około 2500 lat, nazywane jest również Miastem tysiąca okien. W trakcie spaceru uliczkami starego miasta, zobaczyliśmy stare, zabytkowe domy, twierdzę Kalaja Berati oraz cerkwie (to dopiero nasz pierwszy kościół) w której znajdowało się muzeum pisarza ikon bardzo sławne nawet tak że część zabrali pokazać w Watykanie. Godzinny spacerek zakończyliśmy równie długim lunchem, który to spożytkowaliśmy na wypiciu prze ze mnie browarka w parku miejskim. W miasteczku było nawet ciepło .... 30 st. Przez następne 4h obijaliśmy się w drodze do Macedonii, po drodze zwiedziliśmy toalety tylko dwie z czego jedna w zamku. Notabene twierdzy (prócz toalety) nie zwiedzaliśmy. Późno dotarliśmy do Ohrid na wątróbkę i żyły z wołowiny. Widać krówka wypasała się na skałach. Po drodze malownicze widoki jednak bez ekstremum wiara w autokarze się nie umocniła.

środa, 12 czerwca 2013

Albania dzień I

Rano po śniadaniu wyruszyliśmy roztrzęsionym wodolotem do Sarandy - miasta portowego w Albanii. Następnie zwiedziliśmy Butrint nazywany Bałkańskimi Pompejami. To starożytne miasto portowe leżące na wzgórzu, z trzech stron otoczone jest wodą. Wpisane na listę UNESCO, jest to jedno z najciekawszych stanowisk archeologicznych na Adriatyku. Podczas spaceru zobaczyliśmy m.in. pozostałości rzymskich łaźni, agorę, amfiteatr, świątynię Asklepiosa, aleję ceremonialną oraz świątynię Minerwy. Potem skierowaliśmy się na północ, jadąc nadmorską trasą w kierunku miasta Vlora. Po drodze odwiedziliśmy  twierdzę Porto Palermo, z której rozciągają się wspaniale widoki na morze i góry Llogara opadające gwałtownie do morza. W najwyższym miejscu wjechaliśmy na wysokość 1010 mnp do największego rezerwatu przyrody. Niestety widoki popsuła nam chmura Saurona. Wspaniałe serpentyny spowodowały wybuch paniki w autokarze, porównywalny z syndromem Grenoble (+10% do wiary). W godzinach wieczornych dojechaliśmy do Vlory - miasta nad zatoką o tej samej nazwie, gdzie rozdzielają się morza Jońskie i Adriatyckie. Nowe fotki na g+

wtorek, 11 czerwca 2013

Greckie wakacje

Może nie tylko Greckie, ale na pewno dzisiaj zaczęliśmy  w Grecji na Korfu.
Z wrażeń to tylko dojazd do hotelu wąskimi uliczkami jakiegoś miasteczka (może nawet Korfu)  i obiad.
Reszty nie pamiętam - przespaliśmy, w sumie trzeba odpocząć po końcu miesiąca i pakowaniu.
Pogoda chłodno 25 stopni i wiatr.
Jutro rano płyniemy do Albanii. Jakoś mi się skojarzyła barka ;) z Izraela.