Dzisiaj fotek nie będzie.
Cały dzień spędziliśmy na dotarciu do hotelu w tabie. Rano wyruszyliśmy z kibcu i udaliśmy się w stronę lotniska w Ovda. Przez to, że ze względów bezpieczeństwa żydki zamknęli drogę wzdłuż egiptu, ponad dwie godziny czekaliśmy na grupę kończącą pobyt. Odebrała nas blondynka rezydentka izraelska. Do grupy dołączyła świeża parka - facet 50+, laska 20+ z dzieckiem 2-, para ok. gdyby nie to, że pani nagle odkryła w sobie chorobę lokomocyjną. Kilku minutowy postój dobrze zrobił nam wszystkim. Razem, już znacznie wolniej udaliśmy się do eliatu, gdzie część turystów pozostała w izraelskich hotelach, następnie 14 osobową grupą wysadzili nas na przejściu granicznym z egiptem. Tam o dziwo poszło sprawnie i juz po godzinie, wstęplowaniu wielu pieczątek, zapłaceniu 90 baksów oraz zobyciu niebieskiej karteczki (bardzo ważnej, ale nikt nie wie po co) przedostaliśmy sie do egiptu. Miejscowy rezydent, przystojny Mohamed po udzieleniu odpowiedzi na wiele głupich pytań w stylu: "czy już jesteśmy w egipcie?", "czy musimy nosić opaski all-inclusive bo się krzywo opalimy?" itp. o czym później, w osobny poście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz