Skoro świt wyruszyliśmy z 15 minutowym poślizgiem z hotelu Ferari.
Śniadanie - szkoda gadać. Poza drogami jest to część Albanii, która się w ogóle nie udała.
Dotarliśmy do Apollonii jedynie po trzech godzinach - niestety po drodze nie było asfaltu (tak nam się wtedy wydawało). Apollonia była kiedyś miastem portowym słynącym z targu niewolników. Dziś to rezerwat archeologiczny, gdzie zobaczymy m.in. antyczny amfiteatr Odeon, fragmenty świątyni Artemidy z przełomu I i II w. n.e., budynku konsula, czy biblioteki. Niestety po trzęsieniu ziemi morze się odsunęło i miasto straciło na znaczeniu.
Wreszcie obejrzeliśmy ciekawe muzeum archeologiczne z dużą ilością wykopanych w dobrym stanie przedmiotów. Przewodniczka wielokrotnie próbowała nas zniechęcić do tego miejsca a skoro było w programie to musieliśmy je zobaczyć. I dobrze.
Dalej z obolałymi tyłkami pojechaliśmy do Gjirokaster. Trasa nie była wyposażona w asfalt a miejscami nie było jej w ogóle. "Miasto białych dachów” to jednego z największych miast muzeów w Albanii, położone jest w dolinie rzeki Drinos w południowej części kraju (wpisane na listę UNESCO). Centralnym punktem jest górująca nad miastem, trzynastowieczna cytadela rozbudowana przez Turków osmańskich. Z murów twierdzy, doskonale widać unikalną zabudowę, w szczególności łupkowe dachy, które lśnią na biało w czasie deszczu. Gjirokaster, to również rodzinne miasto byłego albańskiego dyktatora - Envera Hodży.
Malowniczą drogą przejechaliśmy do Sarandy na ostatni nocleg w Albanii. O dziwo jesteśmy w hotelu 5* z internetem, windą i szybką obsługą. żebyśmy się więcej nie awanturowali o śniadania dostaliśmy apartament (tak sobie to tłumaczymy).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz