Na śniadanie znowu była kolejka. Opis taki jak w zeszłym poście.
Ruszyliśmy w stronę miasta będącego w starożytności początkiem bałkańskiej części szlaku handlowego Via Egnatia - Durres, tak w starożytności, jak i dziś, jeden z największych portów na Adriatyku. Najważniejszym - jedynym - zabytkiem starożytnego Dyrrachium jest amfiteatr o średnicy 120 m, co czyni go największym na Bałkanach. Jednak nie jest w całości odkopany, ponieważ nie ma pieniędzy na przesiedlenie mieszkańców, którzy mają domy na zabytku. Zasadniczo nie polecamy wycieczki w te rejony, zwłaszcza, że dojazd zajął jakieś trzy godziny po albańskich drogach, co dało się odczuć na tylnej części ciała.
Dalej udaliśmy się do Kruje, miasta nazywanego albańskim Krakowem (porównanie z fantazją). Istnieje tam jeszcze oryginalna albańska zabudowa i stary bazar. Zobaczyliśmy odbudowane prawie jak w oryginale (przez córkę Envera) muzeum Skanderbega, największego bohatera narodowego Albanii.
Wieczorem dotarliśmy do Tirany, stolicy Albanii, gdzie nie było co zwiedzać. Główna ulica wraz z budynkami została zbudowana bez składu i ładu jeszcze przez Włochów. Obecnie wciśnięto gdzie się dało dziwne szklane sześciany.
Przyjechaliśmy do hotelu, w którym znów nie było windy, a mieszkaliśmy na 4 piętrze. Internet też nie działał, mimo nowoczesnej nawy hotelu - Ferrari. Jak nazwa wskazuje wszystko, łącznie z obsługą i podawaniem posiłków było powolne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz