poniedziałek, 17 czerwca 2013

ostatni dzień zwiedzania - Korfu

Dzisiaj opuściliśmy Albanię,
Ostatni nocleg w Sarandzie może i był w komfortowych warunkach, jednak na śniadanie standard czyli nic. Po zjedzeniu czegoś na kształt omletu warzywnego udaliśmy się do portu żeby przewodolotować do Korfu.

Transfer był cudnie zorganizowany, najpierw w Albani godzinę czekaliśmy na umówiony prom, potem w Grecji godzinę czekaliśmy na umówiony autokar.
Zwiedzanie Korfu to naprawdę spacer ulicami oraz objaśnienia przewodniczki. Zobaczyliśmy z zewnątrz mury starego portu, place różnych świętych, ratusz miejski następnie przespacerowaliśmy się główną ulicą z arkadami i dostaliśmy czas wolny na samodzielne zwiedzanie. Mysią wyspę też mogliśmy sobie obejrzeć z lądu.
Z uwagi na obfitość czasu wolnego grupa spóźniła się na autokar, dzięki czemu zobaczyliśmy śpieszącego się greckiego kierowcę.
Hotel ten sam co pierwszego dnia - czyli bardzo blisko lotniska - samoloty latają co 10 min z ogromnym hukiem. Za to jedzenie wreszcie w obfitości.
Od jutra leżenie małym co-nie-co i wentylkiem do góry:).
Może jutro dodamy obszerniejsze podsumowanie wrażeń.

niedziela, 16 czerwca 2013

Albania - to już jest koniec

Skoro świt wyruszyliśmy z 15 minutowym poślizgiem z hotelu Ferari.
Śniadanie - szkoda gadać. Poza drogami jest to część Albanii, która się w ogóle nie udała.

Dotarliśmy do Apollonii jedynie po trzech godzinach - niestety po drodze nie było asfaltu (tak nam się wtedy wydawało). Apollonia była kiedyś miastem portowym słynącym z targu niewolników. Dziś to rezerwat archeologiczny, gdzie zobaczymy m.in. antyczny amfiteatr Odeon, fragmenty świątyni Artemidy z przełomu I i II w. n.e., budynku konsula, czy biblioteki. Niestety po trzęsieniu ziemi morze się odsunęło i miasto straciło na znaczeniu. Wreszcie obejrzeliśmy ciekawe muzeum archeologiczne z dużą ilością wykopanych w dobrym stanie przedmiotów. Przewodniczka wielokrotnie próbowała nas zniechęcić do tego miejsca a skoro było w programie to musieliśmy je zobaczyć. I dobrze.
Dalej z obolałymi tyłkami pojechaliśmy do Gjirokaster. Trasa nie była wyposażona w asfalt a miejscami nie było jej w ogóle. "Miasto białych dachów” to jednego z największych miast muzeów w Albanii, położone jest w dolinie rzeki Drinos w południowej części kraju (wpisane na listę UNESCO). Centralnym punktem jest górująca nad miastem, trzynastowieczna cytadela rozbudowana przez Turków osmańskich. Z murów twierdzy, doskonale widać unikalną zabudowę, w szczególności łupkowe dachy, które lśnią na biało w czasie deszczu. Gjirokaster, to również rodzinne miasto byłego albańskiego dyktatora - Envera Hodży.
Malowniczą drogą przejechaliśmy do Sarandy na ostatni nocleg w Albanii. O dziwo jesteśmy w hotelu 5* z internetem, windą i szybką obsługą. żebyśmy się więcej nie awanturowali o śniadania dostaliśmy apartament (tak sobie to tłumaczymy).

Albania chyba dzień II

Na śniadanie znowu była kolejka. Opis taki jak w zeszłym poście.
Ruszyliśmy w stronę miasta będącego w starożytności początkiem bałkańskiej części szlaku handlowego Via Egnatia - Durres, tak w starożytności, jak i dziś, jeden z największych portów na Adriatyku. Najważniejszym - jedynym - zabytkiem starożytnego Dyrrachium jest amfiteatr o średnicy 120 m, co czyni go największym na Bałkanach. Jednak nie jest w całości odkopany, ponieważ nie ma pieniędzy na przesiedlenie mieszkańców, którzy mają domy na zabytku. Zasadniczo nie polecamy wycieczki w te rejony, zwłaszcza, że dojazd zajął jakieś trzy godziny po albańskich drogach, co dało się odczuć na tylnej części ciała.
Dalej udaliśmy się do Kruje, miasta nazywanego albańskim Krakowem (porównanie z fantazją). Istnieje tam jeszcze oryginalna albańska zabudowa i stary bazar. Zobaczyliśmy odbudowane prawie jak w oryginale (przez córkę Envera) muzeum Skanderbega, największego bohatera narodowego Albanii.
Wieczorem dotarliśmy do Tirany, stolicy Albanii, gdzie nie było co zwiedzać. Główna ulica wraz z budynkami została zbudowana bez składu i ładu jeszcze przez Włochów. Obecnie wciśnięto gdzie się dało dziwne szklane sześciany.
Przyjechaliśmy do hotelu, w którym znów nie było windy, a mieszkaliśmy na 4 piętrze. Internet też nie działał, mimo nowoczesnej nawy hotelu - Ferrari. Jak nazwa wskazuje wszystko, łącznie z obsługą i podawaniem posiłków było powolne.

piątek, 14 czerwca 2013

Macedonia w jeden dzień

Dzisiaj na śniadanie była kolejka i nic więcej. porwaliśmy się skoro świt 6:45 w te pędy na śniadanie, a tam ... kolejka, jako że Polska naród kolejkowy ustawiliśmy się na końcu,który za chwilę stał się środkiem. Udało nam się zdobyć parę sztućców, jedno jajko, kromkę chleba i ziółka (zamiast herbaty).
w kolejkę stawałem jeszcze dwa razy zdobyliśmy pomidor (kilka plasterków), kolejne jajko, ogórek i miód.
Po jakże obfitym śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie miasta Ochryd, wpisanego na listę UNESCO: cerkiew Św. Zofii i Bogurodzicy z freskami i amfiteatr z czasów rzymskich. Oczywiście nie pominęliśmy po drodze żadnego kibelka (było ich więcej niż kościołów). następnie przejechaliśmy nad jezioro Prespańskie, najwyżej położone jezioro w Macedonii (85 3 m n.p.m.), w rejonie Parku Narodowego Galicica. Następnie do Bitoli, dawnego greckiego miasta Heraclaea Lincaestis, gdzie zobaczyliśmy fragmenty świątyń, teatr, a przede wszystkim ogromną mozaikę z V w. n.e. (reszta mozaiek przykryta żwirkiem) Natomiast w centrum Bitoli, główną ulicą, Szirok Sokak, przeszliśmy do placu z pomnikiem Filipa II Macedońskiego. Nic ciekawego no może wieża zegarowa która dawała trochę cienia. Odwiedzimy również cerkiew św. Dimitrja z rzeźbionym w drewnie ikonostasem. Po powrocie do hotelu, zjedliśmy obiadokolację, i poszliśmy na spacerek nad głębokie (250m) jezioro Ohrydzkie. Wypiłem piwko więc pora spać.

czwartek, 13 czerwca 2013

Albania/Macedonia

Z ciekawostek w Albanii nie pija się herbaty więc dzień zaczęliśmy od ziółek tfuu tfu śniadanie słabiutkie miś w 4 gwiazdkowym hotelu dokarmiał dziecko chlebem. Podobno w każdym domu dobra gospodyni, jakby komuś coś zaszkodziło, ma herbatę. To był ciężki dzień, wg wujka G. przejechaliśmy 220 km (zajęło nam to cały dzień). Wystartowaliśmy o 8.00 rozpoczynając od fotek pomnika niepodległości, nam bardziej podobała się będąca w tle kwitnąca magnolia, wielkości naszego orzecha. Po serii fotek przez jakieś 2h nasze tyłki odczuwały jakość Albańskich Autostrad w wielu miejscach pokrytych żwirem. Między miastami jeszcze jakoś dało się ścierpieć, tam o jakość nawierzchni dba Państwo, w miastach nie dba nikt. Dotarliśmy do pierwszego z dwóch miast-muzeów. Berat - liczącego około 2500 lat, nazywane jest również Miastem tysiąca okien. W trakcie spaceru uliczkami starego miasta, zobaczyliśmy stare, zabytkowe domy, twierdzę Kalaja Berati oraz cerkwie (to dopiero nasz pierwszy kościół) w której znajdowało się muzeum pisarza ikon bardzo sławne nawet tak że część zabrali pokazać w Watykanie. Godzinny spacerek zakończyliśmy równie długim lunchem, który to spożytkowaliśmy na wypiciu prze ze mnie browarka w parku miejskim. W miasteczku było nawet ciepło .... 30 st. Przez następne 4h obijaliśmy się w drodze do Macedonii, po drodze zwiedziliśmy toalety tylko dwie z czego jedna w zamku. Notabene twierdzy (prócz toalety) nie zwiedzaliśmy. Późno dotarliśmy do Ohrid na wątróbkę i żyły z wołowiny. Widać krówka wypasała się na skałach. Po drodze malownicze widoki jednak bez ekstremum wiara w autokarze się nie umocniła.

środa, 12 czerwca 2013

Albania dzień I

Rano po śniadaniu wyruszyliśmy roztrzęsionym wodolotem do Sarandy - miasta portowego w Albanii. Następnie zwiedziliśmy Butrint nazywany Bałkańskimi Pompejami. To starożytne miasto portowe leżące na wzgórzu, z trzech stron otoczone jest wodą. Wpisane na listę UNESCO, jest to jedno z najciekawszych stanowisk archeologicznych na Adriatyku. Podczas spaceru zobaczyliśmy m.in. pozostałości rzymskich łaźni, agorę, amfiteatr, świątynię Asklepiosa, aleję ceremonialną oraz świątynię Minerwy. Potem skierowaliśmy się na północ, jadąc nadmorską trasą w kierunku miasta Vlora. Po drodze odwiedziliśmy  twierdzę Porto Palermo, z której rozciągają się wspaniale widoki na morze i góry Llogara opadające gwałtownie do morza. W najwyższym miejscu wjechaliśmy na wysokość 1010 mnp do największego rezerwatu przyrody. Niestety widoki popsuła nam chmura Saurona. Wspaniałe serpentyny spowodowały wybuch paniki w autokarze, porównywalny z syndromem Grenoble (+10% do wiary). W godzinach wieczornych dojechaliśmy do Vlory - miasta nad zatoką o tej samej nazwie, gdzie rozdzielają się morza Jońskie i Adriatyckie. Nowe fotki na g+

wtorek, 11 czerwca 2013

Greckie wakacje

Może nie tylko Greckie, ale na pewno dzisiaj zaczęliśmy  w Grecji na Korfu.
Z wrażeń to tylko dojazd do hotelu wąskimi uliczkami jakiegoś miasteczka (może nawet Korfu)  i obiad.
Reszty nie pamiętam - przespaliśmy, w sumie trzeba odpocząć po końcu miesiąca i pakowaniu.
Pogoda chłodno 25 stopni i wiatr.
Jutro rano płyniemy do Albanii. Jakoś mi się skojarzyła barka ;) z Izraela.